czwartek, 16 października 2014

spełnianie marzeń


Wszyscy za czymś gonimy. To coś to nasze marzenia, które się zmieniają wraz z nami. Ktoś kiedyś napisał książkę " W poszukiwaniu zaginionego czasu"...? Straciłam pewność w chwili kiedy to napisałam, czy tak było w rzeczywistości... ale muszę szybko wrócić do mojego wątku. Wszyscy poszukujemy naszego szczęścia na wiele różnych sposobów, nie zawsze dobrych, nie zawsze też właściwych. Jednak nie o tym tu i teraz chcę pisać.

Dziś chciałam napisać o pracy, która jest naszą pasją, daje nam szczęście i do tego jeszcze pieniądze. Od dwóch lat borykam się z tym problemem. Może nawet i dłużej, ale od dwóch lat mam działalność i wciąż szukam czegoś co lubię robić i będę mogła się z tego utrzymać. 

Mamy niby kapitalizm, ale produkty sprowadzane z Chin są moją największą konkurencją. Nie mogę tworzyć taniej niż tania siła robocza, która sama nie musi płacić za swój ZUS. Bycie rękodzielnikiem w realiach naszego kraju jest wręcz nie możliwe, ponieważ to co tworzymy ze względu na koszty może być skierowane tylko do określonego klienta z odpowiednim portfelem. Czyli rękodzielnictwo zniża się do poziomu niszowego. To smutne, zwłaszcza że w dniu dzisiejszym gazeta.pl ogłosiła dane GUS, że średnia krajowa to 3900 brutto... niewiarygodne prawda?

Mam coraz więcej znajomych, którzy nie czują się szczęśliwi w swojej pracy, ponieważ są tam głównie ze względu dla pieniędzy i pewnego poziomu życia, który muszą utrzymać. Nie do końca dla siebie, ale dla swoich rodzin.

czy jest jeszcze jakaś nadzieja?

wierzę głęboko w to, że tak...

...że może kiedyś będę robić to co lubię...i będę mogła się tego utrzymać... z tą pozytywną myślą idę spać. Nie tracę nadziei. 




czwartek, 2 października 2014

jak oszczędzać?

czy da się żyć za najniższą krajową? albo z wytworów własnych rąk?


Od jakiegoś czasu nurtuje mnie jedno pytanie: jak odkładać kasę?

Niby to proste. Wystarczy nie kupować pierdół i codziennie odkładać 1 - 5 zł aby w ciągu miesiąca odłożyć nawet 150 zł, co daje w skali roku 1800 zł. Mieć, a nie mieć oto jest pytanie?

Jestem jakimś kretynem, ponieważ jeśli nawet odłożę kilkadziesiąt złoty na początku miesiąca to już na kilka dni przed wypłatą muszę sięgnąć do tej sakiewki, by kupić chleb i coś do niego no i jeszcze żarcie dla psa, acha i zatankować samochód.

Piszą w mądrych poradnikach, żeby spisywać swoje wszystkie wydatki, aby później je przeanalizować i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Jeszcze ani razu nie zrobiłam tego, może w tym właśnie tkwi mój główny błąd. Może zacznę od tego miesiąca. Ciekawa jestem czy coś to da.

Podążyłam za jeszcze jedną tendencję. Pracowałam w kilku korporacjach, a po przejściu depresji postanowiłam coś zmienić w swoim życiu. Tu akurat trzymam się samych standardów. Staram się żyć według zasady slow life. Czy znowu podążam za jakimś modnym trendem?

Pomińmy ten fragment.

Mam kilka hobby i co jakiś czas kombinuje jak tu zacząć tak to robić, żeby było to jedno ze źródeł mojego utrzymania. Jedna z przeszkód to kapitał jaki trzeba mieć na sam początek. Niby kilkaset złotych, ale zawsze jednak to kilkaset złotych za dużo. Poznałam kilka wspaniałych kobiet, które również szukają swojego miejsca w pracy zawodowej. Spotkanie z nimi było bardzo inspirujące, jednak nie dlatego że praca rękodzielnika jest taka prosta, ale dlatego że mają te same problemy co ja. Mimo to nie tracą nadziei. Wiedzą czego chcą i wierzą, że kiedyś osiągną to czego pragną. 

Pełna nadziei patrzę w przyszłość, że kiedyś coś zaoszczędzę i że będę się utrzymywać tylko z tego co robię sama...a może kiedyś otworzę mój wymarzony sklep z tapetami;-)

sobota, 21 czerwca 2014

życie do poprawki


Ostatnio dużo analizuję swoje dotychczas podjęte decyzje i ich konsekwencje. Zaczęłam uczęszczać do psychiatry, powinnam jeszcze chodzić na terapię, ale nie mam na to zbyt wiele czasu, no i tam gdzie mieszkam nie mamy takich wynalazków jak psycholog czy terapeuta.

Chyba te dwadzieścia lat temu nigdy bym nie przypuszczała, że będę korzystała z proszków, aby poprawić swoją jakość swojego życia. Zamiast nabierać sił prosto z kosmosu, codziennie zażywam po dwie tabletki na głowę plus jedną na tarczycę, a wieczorem anty-dzieciową. Powinnam być sponsorowana przez jakiś zakład farmaceutyczny. 

Jak to się mogło stać, że w wieku 37 lat jestem na tak zwanym zakręcie. Czyżby bagaż doświadczeń był zbyt wielki?

Co to jest szczęście? Jak ono smakuje? Czy już je znalazłam, czy wciąż czegoś szukam.

Miałam w życiu wiele takich chwil, że padałam na twarz i myślałam, że już nie nigdy nie  powstanę, albo, że dalsze życie niema większego sensu. Jednak zawsze jakaś siła - chyba z kosmosu - pomagała mi wstać i jakoś się ogarnąć. Teraz, bez tabletek chyba nie dałabym rady. 

Ciągła pogoń za "tym czymś" odebrała mi już siły. Teraz gdy nie mam ochoty już nigdzie biec nagle wszystko zrobiło się jakieś prostsze i wyraźne. Nie w biegu, ale małymi krokami buduję swój świat - ale już nie na nowo. Składam to co już mam. Jest mi tak łatwiej. Może w końcu po tym jak osiągnęłam wewnętrzny spokój, poczują się bardziej szczęśliwa.

środa, 19 marca 2014

mieć i kochać psa...





















Miałam kiedyś psa…chciałam mieć dziecko, ale zdecydowałam się najpierw na psa…musiałam się upewnić, czy nadaję się na mamę. Czy jestem na tyle odpowiedzialna, że wychowam psa, że podołam tym wszystkim obowiązkom związanym z posiadaniem zwierzęcia w domu. Mogę powiedzieć, że przez pierwszy rok może dwa, byłam w miarę dobrym opiekunem. Mimo pracy i studiów,  poświęcałam mu tyle uwagi ile tylko miałam wolnego czasu. Bardzo pomagali mi rodzice, z którymi wtedy mieszkałam… a potem, się zaczęło…praca 50 km do domu, możliwość awansu, studia podyplomowe, nowa miłość….koniec związku, szukanie miejsca na ziemi, wyprowadzka od rodziców, a On był. Cały czas był przy moich rodzicach i czekał na mnie. Cieszył się jak oszalały na mój widok i obrażał, kiedy wyjeżdżałam. Nie jadł dwa dni. Przez te dziesięć kolorowych dla mnie lat, sprowadziłam go w swoim życiu tylko do roli psa.

Ostatni miesiąc jego życia byłam z nim codziennie, żeby zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia. Nie chciałam dać mu odejść.  Od kilku lat obserwowałam, jak się starzał, ale mimo to starałam się o tym nie myśleć. Miał być po prostu zawsze.

Dzień kiedy go straciłam był najgorszym dniem mojego życia. Nagle uzmysłowiłam sobie, ile tak naprawdę wniósł do mojego życia. Był członkiem mojej rodziny, to do niego tak naprawdę przyjeżdżałam.
Parę miesięcy później zdecydowałam, że muszę mieć psa, bo nie wytrzymam tej pustki.  

Pojechałam do schroniska po psa, wyjechałam z małą wystraszoną suczką. Tym razem miałam psa sama, nie było ze mną rodziców.  Naprawdę chciałam dobrze, ale jak może być dobrze, jeśli pies zostaje w domu sam na 10 godzin, ma tylko trzy miesiące i nie za bardzo kuma, dlaczego codziennie zostaje sam w domu. Starałam się nadrobić jej tą samotność wychodząc z nią na kilka spacerów wieczorem, pędząc z nią po osiedlu tuż przed wyjazdem do pracy. Jawnie okazywała mi swoje niezadowolenie, a może to był stres, strach… Schudłam 5 kilo. Nie spałam praktycznie wcale.  Zmieniłam mieszkanie bliżej pracy, by móc w południe wychodzić z nią na spacer, by skrócić ten czas czekania na mnie.

Ona szczekała na mnie, ja na nią krzyczałam. Nagle zdałam sobie sprawę, że chodzę po mieszkaniu na palcach, zamykam za sobą każde drzwi tylko po to by ratować swój majątek przed jej frustracją. Uciekałam do pracy, z zaciśniętymi zębami otwierałam drzwi mieszkania, nie wiedząc zupełnie co tam zastanę… Każdy powrót do domu był dla mnie koszmarem, nie wiedziałam za co mam się najpierw zabrać… sprzątanie kuchni, łazienki…żadne drzwi nie stanowiły dla niej przeszkody. Potrafiła się włamać kompletnie wszędzie.

Poddałam się.

Dałam ogłoszenie i oddałam ją pierwszej osobie, która ją chciała.
Przeżyłam prawdziwą porażkę.  Nie stworzyłam jej takiego domu, jaki chciałam jej zapewnić. Sama nie byłam gotowa na te wszystkie zmiany, wydawało mi się, że jakoś sobie poradzę. Będę miała znowu takiego przyjaciela, że ktoś będzie na mnie czekał w tym pustym mieszkaniu, w tym mieście, gdzie nie mam żadnych przyjaciół. Wewnętrznie czuję, że skrzywdziłam tego psa.
  
Ktoś już raz porzucił, dlatego trafiła do schroniska. Teraz ja oddałam ją komuś innemu. Analizuję dzień pod niu, co zrobiłam nie tak. Czy może to, że tak na mnie długo czekała? Może po prostu nie byłam jeszcze emocjonalnie gotowa na nowego psiaka. Czułam się po prostu strasznie samotna i z tego wszystkiego zrobiłam z niej niewolnika tej mojej samotności.

Teraz ona ma nowy dom, dalej jest psem z ADHD. Biega jak szalona, skacze, szczeka. Jednak ma do tego dużo lepsze warunki. Niedawno ją odwiedziłam. Mimo jej szaleństwa i niewyczerpanych baterii tęsknię za nią bardzo.

Dałam ciała.

Odpoczęłam. Nabrałam sił, trochę poukładałam sobie w głowie. Poszłam do psychiatry. Chcę zmierzyć się ze swoimi problemami. Kilka dni temu zabrałam kolejnego szczeniaka. Tym razem jest to pies zabrany prosto z kojca od mamy.

Nie czeka na mnie dziesięć godzin, tylko zostaje sam najdłużej cztery godziny. Uczymy się siebie nawzajem.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ codziennie budzę się z poczuciem winy. Nie popełniajcie tych błędów co ja. Na nowe życie - czy to będzie być pies, czy to będzie dziecko – trzeba być dużo lepiej przygotowanym, niż ja. Nie można wychodzić z założenia, że jakoś to będzie, ponieważ skutki takiego myślenia mogą być dramatyczne. Chciałabym móc jeszcze jakoś naprawić relacje z moją suczką, ale czy mogę znowu zabrać ją z nowego miejsca, gdzie być może w końcu poczuła, że ma swój dom?

Myślałam, że coś takiego nigdy mi się nie przytrafi. Tęsknie za moim pierwszym psem, tęsknie za moim drugim psem. Chcę być lepsza dla mojego nowego trzeciego psa.

Chcę być w końcu bardziej dojrzała.



czwartek, 27 lutego 2014

jesienny spleen...wiosenne przesilenie...


Z moich obserwacji wynika, że 2/3 roku żuję w ciężkiej depresji. Ponieważ zaczęłam podejmować rożne decyzje co do pracy, mieszkania, związków i posiadania psa pod wpływem emocji, a nie zdrowego rozsądku, którego w niektórych wyżej wymienionych sytuacjach najzwyczajniej mi zabrakło. Postanowiłam się udać do specjalisty, czyli do psychiatry.

Chociaż gdy już umówiłam się na wizytę zaobserwowałam u siebie pewną poprawę. Nie wiem...może ze strachu, że okażę się jednak nie poczytalna i odbierze mi prawo do podejmowania decyzji względem mnie samej i przekaże te prawa i obowiązki mojej kochanej Mamie. Wiem, że dla nie byłaby to najwspanialsza wiadomość na świecie. Znowu mogłaby decydować co mam jeść, kiedy i o której godzinie, co na siebie włożyć. Mogłaby mnie wysadzać na nocnik i sprawdzać czy prawidłowo się wypróżniam.

Rodzicielska miłość może być miejscami bardzo przerażająca. Mnie do dzisiaj zadziwia, jak ważne są nasze relacje z rodzicami w dzieciństwie, jak wielki mają oni wpływ na nasze świadomości i sposób postrzegania świata. Mnie jeszcze przeraża fakt, jak bardzo są tego nie świadomi.

Może to jeden z powodów, dla których nie chcę zostać mamą. Zawsze jak głośno wypowiadam tą kwestię to zaraz słyszę, że nie wiem co mówię. Z prędkością światła jestem zasypywana argumentami, dla których warto zostać rodzicem. W sumie nie powinnam się dziwić, że tak wiele osób chce być Tatą czy Mamą - to przecież daje nam ogromną władzę. Teraz to My w geście małej zemsty możemy komuś innemu zryć psychikę.

Czuję, że trochę z powyższym stwierdzeniem przesadziłam, ale takie są moje przemyślenia, kiedy widzę Matkę z Rozwrzeszczanym Dzieckiem w sklepie. Coś tu nie działa jak trzeba.

Wracając do depresji. 
Za Nasz stan totalnego przygnębienia i braku sił na najdrobniejsze czynności obarczamy pory roku...czy jednak słusznie? 

Może to wina błędnych relacji z rodzicami, a może po prostu wina tarczycy. Postanowiłam to sprawdzić.
Najpierw moja psycha będzie poddana odpowiednim badaniom, a potem tarczyca.
Może to już starość...dwa ważne organy wysiadają mi jednocześnie...tak bardzo nie chciałam się zestarzeć. Jak tu nie mieć depresji?

niedziela, 23 lutego 2014

czytać każdy lubi...

nie będę pisała dziś o moich ulubionych książkach, bo jest ich tyle, że nie dałabym rady tu wszystkich wymienić...
Wydaje mi się, że moje pokolenie należy do tego z ostatnich, które jeszcze kupuje książki i je czyta. Przy moim łóżku leży pokaźny stosik, do którego co jakiś czas coś dokładam, na miejsce tego co już przeczytałam

czytanie to moje ulubione hobby
potem jest jeszcze 1000 innych rzeczy, które lubię robić, ale czytanie chyba jest na pierwszym miejscu...

nie mam ulubionego typu jeśli chodzi o tematykę książek, czytam praktycznie wszystko, a to czy kończę książkę czytać na ostatniej stronie zależy, od tego czy autor dał radę mnie zainteresować fabułą, historią, postacią... stąd wiem, jakie to trudne utrzymać czytelnika, bo nie udało mi się wszystkich książek przeczytać do końca...

ważny jest też moment, moje nastawienie do życia, czas - to one wpływają na to, czy książką, która wpadnie mi w ręce będzie mnie fascynować, albo kompletnie nie trafi do mnie...

teraz chyba dochodzę do sedna tego o czym dziś chciałam pisać...

jest coraz więcej książek o niczym

to dla mnie wielki dramat

na 10 najlepszych pozycji książkowych np. w EMPIKu są poradniki jak być ładną mamą, jak przeżyć 40, jak poprawić swoje życie seksualne... nie twierdzę, że to zła czy nie właściwa tematyka... ale jeśli czyta się "Portret Doriana Greya" Oscara Wilde, "Dżumę" Alberta Camus, "Plugawego Ptaka Nocy" Jose Donoso... to naprawdę trudno nagle tak się przestawić na książkę, której treść można zamieścić na kilku stronach w "Pani Domu" czy "Naj"

Dlaczego od czytelników nie wymaga się większej wrażliwości, uwagi... czy można tak zaniżać poziom czytelnictwa?

Może to wynik, że nasze oczekiwania względem życia się zmieniają? Ważniejszy jest wygląd, drogi kredyt na mieszkanie, szybki samochód, stado pięknych przyjaciół, którzy będą "lajkować" każdy nasz post na FB?

Dziś w radiu p. Dancewicz powiedziała, że życie jest tak cudnie bezcelowe...to mnie właśnie zastanowiło. To jest dla mnie temat do przemyśleń na najbliższy czas. Może znajdę odpowiedź, w któreś z książek leżących przy moim łóżku

środa, 19 lutego 2014

bycie singlem


Miałam 7 lat kiedy wieczorem przed lustrem ćwiczyłam o czym będę rozmawiała ze swoimi koleżankami następnego dnia w szkole... jestem wrednym jedynakiem, któremu żyje się najlepiej w świecie fantazji i tylko czasami robię sobie przerwę na rozmowę z "ludziem".
Rozmowa z "ludziem" to nie takie proste.
Trzeba znaleźć temat do rozmowy, być przygotowanym na to, że dialog się nie ułoży i natychmiast jak z rękawa zarzucić temat zastępczy. Zachować czujność na słowa mojego rozmówcy, utrzymać rytm rozmowy...
Teraz, kiedy mam już lata praktyk za sobą w rozmowach z różnymi ludźmi i na różne tematy wcale nie jest mi łatwiej. Wciąż muszę ćwiczyć przed lustrem.

Jestem typem samotnika. 
Mój wróg to samotność, więc oswajam swojego wroga i dlatego też spędzam dość dużo czasu sama. 
Sama w domu, sama w samochodzie, sama na wycieczce...w przedziale pociągu też lubię być sama. 
Moi rodzice - to pewne -  za wiele lat umrą, a ja wtedy naprawdę będę sama, bo to najbliżsi mi ludzie. Muszę być na ten moment odpowiednio przygotowana. Ćwiczę tę samotność przed lustrem.

Wiem, że ludzie odchodzą nawet najbliżsi przyjaciele w końcu nas opuszczają dla kogoś jeszcze bliższego...dziecka, męża, żony...

Wszyscy zaczynają mieć coraz mniej czasu na rozmowę, ograniczamy się do "zalajkowania".

Uważam,że o relacje z ludźmi trzeba dbać...jednak jakoś tak mi to nie wychodzi...lepiej i swobodniej czuję się będąc sama niż w gronie innych ludzi. Zaczęłam lubić bycie samą. Lepiej mi się ogląda film w kinie, zwiedza obce miasta, prowadzi auto, maluje w domu...mogłabym wyliczać i wyliczać co jeszcze lubię...

Cieszę jak uda mi się coś zrobić samej, lubię nowe wyzwania.
Jednak nie umiem tego przeżywać wspólnie z kimś bliskim.

Nie umiem się odnaleźć w żadnym związku.Czuję się spętana. Czy wszystko ze mną ok? Czy jednak coś jest nie tak??
Nie czuję się przez to gorsza i chciałabym, żeby nikt w ten sposób mnie nie traktował. 

Nie jestem w związku. Jestem tak zwanym singlem, dla innych starą panną. Ale taka właśnie jestem i dobrze mi z tym.



wtorek, 11 lutego 2014

seks i inne sprawy

a więc jak pisałam już poprzednio...wierzę w siłę i indywidualność jednostki...jak to się ma do seksu?

No właśnie tak.
Nie tylko mężczyźni lubią seks i do tego seks bez zobowiązań, taki na jedną noc, bez przytulania. 
Bywają też kobiety, które równie nonszalancko podchodzą do tego typu zdarzeń.
Budzą się w obcym łóżku i szybko wracają do swoich planów dnia, zapominając o Panu X.

Dla mnie tak zwany "przygodny seks" to tak naprawdę gra o stałych regułach, ale tylko dla wytrawnych graczy. Takich, którzy "po wszystkim" nie roztrząsają się nad "tym" za bardzo, cieszą się wspólnie spędzonym czasem i odnoszą się do siebie z szacunkiem. Dla mnie niema w "tym" nic nadzwyczajnego. Przyznaję, że lubię tę grę od czasu do czasu.

Co zrobić gdy nie trafimy na wytrawnego gracza, tylko na początkującego, dla którego seks kojarzy się tylko i wyłącznie z "byciem razem". Jak wybrnąć z trudnej sytuacji? Myślałam, że mężczyźni dobrze sobie z tym radzą, więc ja również poradzę sobie z zauroczonym adoratorem. Okazuje się, że wcale nie musi to być aż tak proste. Kobieca wrażliwość czy co? Akcja jak z TVN pod tytułem "przygarnij Kropka". Jak pozbyć się tej małej niebieskiej plamki? Rozkminiam to i rozkminiam... i nie znalazłam odpowiedzi. Jedyne co mi przychodzi do głowy to gwałtowne zerwanie takich więzi. Kończy się tym, że jestem wredną suką.

Mam jeszcze inny przypadek.
Miałam na oku faceta i strasznie intrygowało mnie to, jaki byłby z nim seks. Jak prawdziwy fachowiec zabrałam się do rzeczy wręcz profesjonalnie. Niewinny flirt, oczekiwanie na właściwą i dogodną dla obojga sytuację, z takim wynikiem końcowym, żeby on był przekonany, że wspólne lądowanie w łóżku to jego zasługa.
Wszystko pięknie się układało...do chwili, gdy przejęty swoją rolą "PAN" stwierdza, że jesteś nikim...bo się z nim bzyknęłaś. Przecież to moja ciekawość i dobra wola sprawiła, że do tego doszło, a nie jego czar i urok osobisty. Znów wychodzę na wredną sukę.


Dlaczego nam kobietą "nie uchodzi" wybierać sobie mężczyzn do łóżka? Dlaczego? Przecież nie robimy tego dla sportu, tylko z kobiecej ciekawości. 
Kiedy przekraczamy tę cienką granicę moralności?

Zaznaczam, że piszę o zaspokajaniu ciekawości, a nie nagminnym bzykaniu się z kim popadnie...no chyba, że to też jest z ciekawości;-)


piątek, 7 lutego 2014

wieś czy miasto?



Dziś bardzo szaro za oknem...no i jeszcze oczywiście musi padać. Z mojej wsi przyjechałam dziś w odwiedziny do przyjaciółki do wielkiego CITY. Ona właśnie pracuje, a ja przy małej lampce wina przygotowuję sałatkę na dzisiejszy imprezowy wieczór.

Na mojej wsi nie dociera radio CHILI ZET, którego zawsze słuchałam mieszkając tu rok temu. Już prawie rok minął od mojej przeprowadzki, od mojej wielkiej przemiany. No więc teraz zapuściłam radio, a tu jakby czas cofnął się i znowu słyszę znajome dźwięki. Znowu czuję się swojsko.

Przyjechałam tu rano, żeby odwiedzić stare kąty, sprawdzić czy wszystko dalej jest na swoim miejscu...Biedronka, Lidl...no są. Moje wielkie przybycie po tylu miesiącach jednak odbyło się bez większego echa. Zadzwoniłam do kilku znajomych, że jestem, że może kawa, herbata...krótka rozmowa...owszem...przez telefon...że wszystko bez zmian...po staremu, nie jest źle, ale dobrze też nie jest...że mogłam uprzedzić...

No fakt.
Mogłam uprzedzić.
Nikt nie tęsknił.

No i ta pogoda.
Czuję się niechciana. Ale na tej "mojej wsi" też nie czuję się jak u siebie. No bo jednak jakby nie patrzeć jestem przyjezdna.

Siedzę przy czarnym blacie w kuchni mojej przyjaciółki. W jej własnej kuchni, nie takiej wynajętej jak moja. Czuję się trochę przygnębiona, bo ta kuchnia jest jej. Ona chyba już znalazła swoje miejsce na ziemi. Ja jeszcze nie.

Czy trzeba być właścicielem jakieś nieruchomości by czuć, że się odnalazła swoje miejsce. Czy akt własności daje poczucie bezpieczeństwa i komfortu, że mamy dokąd wracać? 

Dla mnie taką bezpieczną przystanią był zawsze dom moich rodziców. Czasem nie jestem wytrzymać tam 5 minut, ale gdy mi źle chce do domu, do tego właśnie domu. Tak sobie myślę, że mogę mieszkać gdziekolwiek. 

Wracając do mojej tezy...miasto czy wieś? Niema to najmniejszego znaczenia. Mieszkam tam gdzie akurat czuję się dobrze, ale gdy mi źle chce do mamy :-)

Swojego miejsca jeszcze szukam, mam czas. Świat jest piękny nawet wtedy gdy za oknem szaro i zimno, w końcu słucham swojego radia, a wino potrafi rozweselić i nadać nowej lepszej perspektywy.

Dziś wolę moją wieś. Trochę nawet tęsknie. Radia se mogę posłuchać w internecie ;-)

czwartek, 6 lutego 2014

sny...marzenia...rozczarowania...


Marzy mi się dom nad jeziorem, pies przy kominku, sypialnia z oknem na niebo... i brak obowiązków. Jak na razie nic z tego nie wychodzi. Problem jak zwykle tkwi we mnie. Nie wiem jeszcze w której części mnie się dokładnie znajduje, może tkwi w moim szalonym dzieciństwie, albo upadek z roweru był zbyt mocny. Bardzo chciałabym go rozwiązać i zacząć żyć zgodnie ze swoimi marzeniami/założeniami.

Moja przyjaciółka zaproponowała mi, żebym zapisała się na terapię. Myślę, że to słuszny pomysł...ale mam jednak wątpliwości czy to pomoże...jak długo ma trwać ta terapia, kiedy odczuję jej pozytywne skutki. Oczywiście jestem taka Zosia-Samosia, więc musiałam najpierw zacząć sama ze sobą przeprowadzić taką swoistą terapię zanim oddam się w ręce specjalisty. 

Czytam różne książki, poradniki, historię innych ludzi...i dochodzę do wniosku, że wszyscy jesteśmy strasznie różni. Utwierdza to moją wiarę w indywidualność i siłę jednostki. Jednak nie pomaga w odnalezieniu jakiegoś punktu zaczepienia, żeby wiedzieć od czego zacząć by lepiej zrozumieć siebie. Dalej trudno mi się określić, nie do końca wiem kim jestem.

A co jeśli się okaże, że sięgam do swojego wnętrza, zacznę realizować swoje marzenia - czyli będę mieszkać w domu nad jeziorem, będę miała psa...i okaże się, że nie jestem szczęśliwa.

No dobrze, to może powiem prawdę.

Marzy mi się dom nad jeziorem, ale mam nikłe szanse na realizację tego marzenia, choć "nigdy nie mów nigdy". Marzył mi się pies. Jednego już miałam. Był cudowny, a dzień kiedy musiałam się z nim pożegnać był najgorszym dniem mojego dotychczasowego życia.

Nie dawno zdecydowałam się na kolejnego psa. Po czterech miesiącach sprzątania kup, nauki sikania na dworze, zmianie trzech wynajętych mieszkań, dwóch podłóg, ciągłego sprzątania i przerobienia kilku podręczników na temat wychowania i szkolenia psów - po prostu się poddałam. Oddałam ją - bo to suczka - pierwszemu lepszemu człowiekowi, nie pytając się kim jest, czy będzie dla niej dobry. Poziom tak zwanego wku...wu był wystarczający, by pod wpływem nieznanych mi dotąd emocji ją oddać.  

W moim kalendarzy pod datą wpisałam: Oddałam KORĘ, jestem złym człowiekiem.

Naprawdę tak się czuję.

Przeżyłam totalną porażkę. Swoją porażkę. Analizuję co zrobiłam nie tak. Może to nie był dobry moment, żeby do swojego - nieswojego mieszkania wprowadzić małego szczeniaka, który przecież nie jest winny temu, że mi się marzył dom, pies itp., a ja nie byłam emocjonalnie gotowa na to, by zacząć realizować swoje marzenia.

Jakieś wnioski? 

Tak. 

Należy realizować swoje marzenia roztropnie. Wybrać odpowiedni moment na ich realizację.

Dzwoniłam to tego Pana. Kora ma się dobrze, dalej broi. Tęsknie za nią ogromnie, ale nie chcę ponownie pod wpływem emocji dokonać błędnych decyzji. Nie wiem w sumie, które byłyby właściwe. 

Nie tracę nadziei, że kiedyś będę bardziej gotowa na spełnianie swoich marzeń.

Jo...
...i to by było na tyle. 

wtorek, 4 lutego 2014

always look on the bright side of life

Takim mottem zaczął się mój dzisiejszy dzień. Słoneczko świeci, śniadanko zjedzone, kolejny dzień urlopu mija w ciepłym śpiworku, jak tu się nie cieszyć? 


"Żywot Briana" by Monty Phynton to jeden z moich najbardziej ulubionych filmów, a piosenka "Always look on the bright side of life" jest chyba wszystkim znana i lubiana. Kocham jeszcze "DZIKOŚĆ SERCA" Davida Lyncha...oba te filmy bawią mnie i doprowadzają do wzruszenia.

Kolejny dzień urlopu i takiej samoterapii rozpoczęty. Mimo, że czasem nie widzę sensu, nie wiem po co i dlaczego, to jednak jakaś siła w środku mnie, każe mi coś robić, planować, działać. To z jednej strony dość przerażające bo nie wiem co to jest i dzieje się jakoś bezwiednie.

Jak miałam 5 albo 6 lat zaczęłam się zastanawiać się nad pojęciem duszy. W moich wyobrażeniach wyglądałam inaczej niż jak widziałam siebie na zrobionych rodzinnych zdjęciach. Według mnie byłam smuklejsza, miałam dłuższe włosy i bardziej radosny wyraz twarzy, a na tych zdjęciach zaspana ze smoczkiem w buzi, z dużym brzuchem i zaciasnymi rajstopkami totalnie nie pasowałam do swoich wyobrażeń.  

No i wtedy zaczęły się moje próby wyjście ze zbroi swojego ciała i sprawdzenia jak to jest ze mną na prawdę...lustro to tego się nie nadawało. Więc jakoś swoimi oczami próbowałam patrzeć bokiem, tak jakbym chciała wychylić się przez okno i sprawdzić czy ja to ja.

Fascynowało mnie to, że nikt nie słyszy moich myśli i do dziś uważam to za najlepsze co mogło mnie spotkać. Dzięki temu moje okrutne myśli na temat wrogich mi osób już zawsze będą tylko moje i uniknę trudnych sytuacji życiowych związanych z konfliktami z mało znanymi mi ludźmi.

Wracając do mojego dzieciństwa to było ono dość nie skomplikowane i tak mając te 5 czy 6 lat byłam przekonana, że takie też będzie moje życie.  No cóż za rozczarowanie... okazuje się bowiem, że jestem mistrzem w podejmowaniu błędnych decyzji, komplikowaniu sobie życia.
Jakie musi być twoje rozczarowanie drogi czytelniku, jeśli założyłeś że w tym blogu będą jakieś złote puenty...myśli...złote rady...gotowe rozwiązania na wszystko...
A tu tylko potok słów płynący w nikomu nieznanym kierunku.

Szukanie sensu życia nie jest takie proste. Znalezienie odpowiedzi na wszystkie pytania również...ale zawsze należy patrzeć na tą jaśniejszą stronę życia... To właśnie staram się robić.
Może dziś uda mi się w końcu spojrzeć jakoś na moją zbroję z zewnątrz, może muszę patrzeć na siebie pod innym kątem, żeby zobaczyć siebie bardziej prawdziwą, a nie tylko taką z moich wyobrażeń.


poniedziałek, 3 lutego 2014

189 dzień...

...dziś mija 189 dzień mojego mieszkania na wsi...za 77 dni kończę 36 rok życia...


...dramat za dramatem można by rzec...
Czy można tak wszystko o sobie pisać? Czy trzeba mieć jednak firanki w oknach? Jak to jest z tymi marzeniami? Czy warto je realizować, czy mogą być one dla nas zgubne? Co z ich konsekwencjami?

Wiem, że jak coś planuje i nie widzę żadnych przeszkód w realizacji moich założeń to pierwsze tak zwane schody pojawią się już wkrótce. Powinnam z tej wiedzy wyciągnąć jakieś wnioski i być gotową na wszystko, jednak jakaś część mnie po prostu nie chce dostrzec ewentualnych zagrożeń i ciągle daję się zaskoczyć, temu co można było łatwo przewidzieć.

Jestem żyjącym dowodem na bezmyślność, naiwność i tak zwane "jakoś to będzie".
Z uporem maniaka staram się to jakoś zmienić, "żyć jak człowiek" jak mawia moja matka. Ale umiem tak tylko przez chwilę...

Jestem kobietą. Chaos to moje drugie imię. Jeszcze nie dorosłam do życia w stadzie. Wciąż szukam swojego miejsca na ziemi. Stąd często zmieniam pracę, miejsce zamieszkania, wciąż poznaję nowych ludzi. Nie umiem się wtopić w jakiś jeden wzorzec i tak dotrwać końca swoich dni. Ciągle tkwi we mnie pytanie "dlaczego?" Nie kumam sensu życia. Wychodzę z założenia, że ja się na ten świat nie pchałam. Nie wiem "po co?"

Jednak mimo wszystko wstaję co rano, idę do pracy, sprzątam...i wciąż szukam. Mimo, że nie wiem tak naprawdę czego...mimo wszystko nie czuję, że moje życie to jakaś porażka, choć mam ich na swoim koncie aż nadto. Zawsze jest jakaś nadzieja na lepsze jutro.

Po co ja to wszystko piszę? Bo nie lubię firanek w oknie. Bo chce lepiej się zrozumieć. 

Więc zaczynam tą swoją terapię. Może jeszcze jest jakaś nadzieja dla mnie.