poniedziałek, 3 lutego 2014

189 dzień...

...dziś mija 189 dzień mojego mieszkania na wsi...za 77 dni kończę 36 rok życia...


...dramat za dramatem można by rzec...
Czy można tak wszystko o sobie pisać? Czy trzeba mieć jednak firanki w oknach? Jak to jest z tymi marzeniami? Czy warto je realizować, czy mogą być one dla nas zgubne? Co z ich konsekwencjami?

Wiem, że jak coś planuje i nie widzę żadnych przeszkód w realizacji moich założeń to pierwsze tak zwane schody pojawią się już wkrótce. Powinnam z tej wiedzy wyciągnąć jakieś wnioski i być gotową na wszystko, jednak jakaś część mnie po prostu nie chce dostrzec ewentualnych zagrożeń i ciągle daję się zaskoczyć, temu co można było łatwo przewidzieć.

Jestem żyjącym dowodem na bezmyślność, naiwność i tak zwane "jakoś to będzie".
Z uporem maniaka staram się to jakoś zmienić, "żyć jak człowiek" jak mawia moja matka. Ale umiem tak tylko przez chwilę...

Jestem kobietą. Chaos to moje drugie imię. Jeszcze nie dorosłam do życia w stadzie. Wciąż szukam swojego miejsca na ziemi. Stąd często zmieniam pracę, miejsce zamieszkania, wciąż poznaję nowych ludzi. Nie umiem się wtopić w jakiś jeden wzorzec i tak dotrwać końca swoich dni. Ciągle tkwi we mnie pytanie "dlaczego?" Nie kumam sensu życia. Wychodzę z założenia, że ja się na ten świat nie pchałam. Nie wiem "po co?"

Jednak mimo wszystko wstaję co rano, idę do pracy, sprzątam...i wciąż szukam. Mimo, że nie wiem tak naprawdę czego...mimo wszystko nie czuję, że moje życie to jakaś porażka, choć mam ich na swoim koncie aż nadto. Zawsze jest jakaś nadzieja na lepsze jutro.

Po co ja to wszystko piszę? Bo nie lubię firanek w oknie. Bo chce lepiej się zrozumieć. 

Więc zaczynam tą swoją terapię. Może jeszcze jest jakaś nadzieja dla mnie. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz