czwartek, 6 lutego 2014

sny...marzenia...rozczarowania...


Marzy mi się dom nad jeziorem, pies przy kominku, sypialnia z oknem na niebo... i brak obowiązków. Jak na razie nic z tego nie wychodzi. Problem jak zwykle tkwi we mnie. Nie wiem jeszcze w której części mnie się dokładnie znajduje, może tkwi w moim szalonym dzieciństwie, albo upadek z roweru był zbyt mocny. Bardzo chciałabym go rozwiązać i zacząć żyć zgodnie ze swoimi marzeniami/założeniami.

Moja przyjaciółka zaproponowała mi, żebym zapisała się na terapię. Myślę, że to słuszny pomysł...ale mam jednak wątpliwości czy to pomoże...jak długo ma trwać ta terapia, kiedy odczuję jej pozytywne skutki. Oczywiście jestem taka Zosia-Samosia, więc musiałam najpierw zacząć sama ze sobą przeprowadzić taką swoistą terapię zanim oddam się w ręce specjalisty. 

Czytam różne książki, poradniki, historię innych ludzi...i dochodzę do wniosku, że wszyscy jesteśmy strasznie różni. Utwierdza to moją wiarę w indywidualność i siłę jednostki. Jednak nie pomaga w odnalezieniu jakiegoś punktu zaczepienia, żeby wiedzieć od czego zacząć by lepiej zrozumieć siebie. Dalej trudno mi się określić, nie do końca wiem kim jestem.

A co jeśli się okaże, że sięgam do swojego wnętrza, zacznę realizować swoje marzenia - czyli będę mieszkać w domu nad jeziorem, będę miała psa...i okaże się, że nie jestem szczęśliwa.

No dobrze, to może powiem prawdę.

Marzy mi się dom nad jeziorem, ale mam nikłe szanse na realizację tego marzenia, choć "nigdy nie mów nigdy". Marzył mi się pies. Jednego już miałam. Był cudowny, a dzień kiedy musiałam się z nim pożegnać był najgorszym dniem mojego dotychczasowego życia.

Nie dawno zdecydowałam się na kolejnego psa. Po czterech miesiącach sprzątania kup, nauki sikania na dworze, zmianie trzech wynajętych mieszkań, dwóch podłóg, ciągłego sprzątania i przerobienia kilku podręczników na temat wychowania i szkolenia psów - po prostu się poddałam. Oddałam ją - bo to suczka - pierwszemu lepszemu człowiekowi, nie pytając się kim jest, czy będzie dla niej dobry. Poziom tak zwanego wku...wu był wystarczający, by pod wpływem nieznanych mi dotąd emocji ją oddać.  

W moim kalendarzy pod datą wpisałam: Oddałam KORĘ, jestem złym człowiekiem.

Naprawdę tak się czuję.

Przeżyłam totalną porażkę. Swoją porażkę. Analizuję co zrobiłam nie tak. Może to nie był dobry moment, żeby do swojego - nieswojego mieszkania wprowadzić małego szczeniaka, który przecież nie jest winny temu, że mi się marzył dom, pies itp., a ja nie byłam emocjonalnie gotowa na to, by zacząć realizować swoje marzenia.

Jakieś wnioski? 

Tak. 

Należy realizować swoje marzenia roztropnie. Wybrać odpowiedni moment na ich realizację.

Dzwoniłam to tego Pana. Kora ma się dobrze, dalej broi. Tęsknie za nią ogromnie, ale nie chcę ponownie pod wpływem emocji dokonać błędnych decyzji. Nie wiem w sumie, które byłyby właściwe. 

Nie tracę nadziei, że kiedyś będę bardziej gotowa na spełnianie swoich marzeń.

Jo...
...i to by było na tyle. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz